wtorek, 14 lipca 2020

Źle

Nie mogę się nadziwić, że tak mało wyzwań, które się ostatnio zaczęły pojawiać, tak mocno wyprowadziły mnie z równowagi. Doszło do tego, że zaczęłam podejrzewać anemię (nie będę się rozpisywać na ten temat, ale miałam powody, by o niej myśleć), ale jak zobaczyłam, że moje wyniki są dobre, to musiałam stwierdzić, że to raczej coś z psychiką albo przynajmniej przemęczenie. Dosłownie nie mam siły na nic, nawet na moje hobby, bez którego nie mogłam jeszcze niedawno wytrzymać, a jak słucham ulubionych creepypast, to nie jestem w stanie się na nich skupić i odnieść oczekiwanego wrażenia. Nie mówiąc o tym, że kręci mi się w głowie, bierze na wymioty, a ruchy mam jak zanurzona po szyję w wodzie albo obwieszona ciężarkami.
Mam kilka zleceń i wiem, że jeśli się za nie wezmę i zakończę, to będę dużo spokojniejsza, ale nie potrafię się zmusić, przez co wiszą nade mną i męczą coraz bardziej. W pracy przez chwilę miałam za mało wolnego, więc dojazdy dokuczały mocniej niż zwykle, no i dodatkowo szukam sobie lokum w mieście, w którym pracuję, żeby mieć w końcu więcej czasu. Doszło do tego, że odmawiam sobie snu, bo muszę "pomieszkać" jak normalny człowiek. No i z tych powodów nie biorę leków, przez które śpię zwykle aż za długo, na co nawet nie mogę sobie pozwolić jako osoba dojeżdżająca. No i na koniec niepotrzebnie denerwuję się kilkoma opóźnionymi przesyłkami, bo oczywiście moja niecierpliwa dupa musi mieć je na już.
Nie wiem, nie uważam, że to jest jakoś bardzo dużo, ludzie potrafią znieść więcej i nie popadają w taki dziwny stan jak ja teraz. Choćby mój brat, który ostatnio przeszedł wiele i jeszcze więcej obowiązków na siebie nakłada. Wygląda na to, że nie mogę od siebie wymagać prawie niczego, co najwyżej pracy i może jakichś drobniejszych zajęć, nic ponadto.
Chyba że coś jeszcze niezdrowego siedzi mi w głowie, czego nie jestem świadoma. Nie wiem, może wyjdzie w praniu. Jak narazie siedzę na L4 i próbuję zebrać siły. Mam nadzieję, że mi się to uda zanim nie wywiążę się terminowo z zobowiązań. A coś czuję, że mogę się właśnie nie wywiązać.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Chaotycznie

Trafiłam przed chwilą na filmik Nishki o narcyzach sprzed ok. 2 miesięcy. Jego treść, jak i komentarze pod nim, gdzie autorzy opisują swoich byłych lub obecnych partnerów narcyzów, wydają mi się bardzo bliskie. Dziwie się, że psycholog nie chce się ze mną zgodzić co do tego, że były jest narcyzem, chociaż może jest po prostu ostrożna dopóki nie dowie się o konkretnej diagnozie. Raz w sumie powiedziała mi, że to może być co innego, ale nie mam pojęcia co by to mogło być. Dziwne to jest w ogóle, że nadal denerwuję się tym tematem, a mimo wszystko co jakiś czas szukam o narcyzach czegoś nowego. Podaję link poniżej:

https://www.youtube.com/watch?v=k3pVul0PD_g

Najlepsze, że niedawno opisałam bardzo pobieżnie koledze z pracy mojego byłego i on od razu stwierdził, że to narcyz. A ja już na wszystkich patrzę nieufnie, ostrożnie, ciągle myśląc, że wydają się być w porządku, ale w pewnym momencie mogą nagle pokazać swoje prawdziwe oblicza. Boję się kurna komukolwiek zaufać.
Wiem, że w internecie śmieją się z dziewczyn "silnych i niezależnych", ale szczerze ja bym chciała taka być. Nie jestem niestety i to mnie boli. Chciałabym móc utrzymywać się sama (co w Polsce graniczy z cudem) i nie potrzebować wiecznie różnego rodzaju wsparcia innych. Gdybym była osobą, która nie boi się sama podejmować decyzji, jest całkowicie zdrowa psychicznie, pewna siebie i tak dalej. Bo takich typowo związkowych potrzeb obecnie nie mam, zablokowałam je, a te wyżej wymienione wydają mi się zbyt płytkie, żebym w ogóle mogła brać je pod uwagę.
Co do wagi, to powoli spada, chociaż brane obecnie przeze mnie leki od alergii ten spadek zmniejszają. Zamierzam się przenieść bliżej pracy, żeby mieć czas na regularne ćwiczenia, bo teraz kiedy tylko spróbuję wznowić trening, to nagle muszę załatwiać masę rzeczy i nie mam nawet czasu spać, o innych rzeczach nie mówiąc. Naprawdę nie chcę czuć się dalej niewidzialna dla facetów, mimo że boję się kolejnego związku. Ja się nie czuję nawet człowiekiem, a co dopiero kimś mającym jakąś wartość.
Jedyne, co mogę zrobić, to zacząć znowu nosić soczewki i zmienić fryzurę, żeby chociaż trochę upodobnić się do istoty ludzkiej. Wkurza mnie w ogóle to, że ludzie mówią mi, że dobrze wyglądam itp., a prawda jest całkiem inna. Ja już nie wierzę w słowa, wolę patrzeć na reakcje i czyny. A są dobijające. Bardzo dobijające.

niedziela, 21 czerwca 2020

Pojawiła się nadzieja

Jakoś w drugiej połowie maja udało mi się ograniczyć słodycze. Nie jest tak, że na siłę jem zdrowe potrawy i roznosi mnie z chęci pójścia do sklepu i wykupienia połowy działu ze śmieciowym żarciem. Coś przestawiło mi się w głowie. W końcu. I mam pewne podejrzenia co do tego, jaki jest powód tej zmiany. Po prostu brak kontaktu z byłym.
Nie ryje mi już tak psychiki i mimo że nadal o nim myślę i jestem ogromnie wściekła za to, co mi zrobił, to mam już więcej spokoju w sobie. Przy nim byłam jak chorągiewka na wietrze, co chwilę myślałam co innego, nie wiedziałam co robić, szczególnie po zerwaniu. Sam mówił, że wysyłam sprzeczne sygnały, że zachowuję się niezrozumiale. Dlatego wyzywał mnie od borderów. I myślał, że ja już tam mam, a to przez niego... Od samiuśkiego początku tak było. A wydawało mi się, że byłam taka wyluzowana. Dopiero teraz widzę różnicę.
Nie jest tak, że przestałam jeść słodkie w ogóle, bo czasem sobie coś kupię, jednak jest tego o wiele mniej niż wcześniej. I nie zapijam tego colą, która umożliwiała mi zapychanie się ciastkami i czekoladą w takiej ilości, że normalnie bym po niej zwymiotowała, tylko sokami albo po prostu wodą. Nie chcę też zmieniać diety drastycznie ani się głodzić, uważam, że wszystko z czasem i rozsądnie. Waga już mi spada, tak że jest dobrze. Bo, tak jak chyba pisałam, od słodyczy nie tyję, ale też nie chudnę, dlatego musiałam rzucić to świństwo.
Chciałabym do końca roku osiągnąć już prawidłową wagę. Mam nadzieję, że się uda, ale przypuszczam, że będę musiała znaleźć czas na regularne ćwiczenia, a z tym może być kłopot przez dojazdy do pracy. Zobaczymy jak będzie.
Smutne jest to, że przez byłego nie potrafię już marzyć. W głowie zamiast nich mam negatywne rzeczy, które chciałabym z niej wyrzucić, a za Chiny Ludowe nie mogę. No i czuję, że BDD nadal się rozwija, mimo leków.
Chciałam już nie pisać o nim, ale niestety jego czyny nadal się za mną ciągną. Wiem, że ludźmi takiego pokroju nie warto zaprzątać sobie umysłu, jednak teoria a praktyka... Wiecie jak to jest. Potrzebuję czasu na całkowite wyjście z dołka. Prawdopodobnie bardzo dużo.

niedziela, 10 maja 2020

Na czasie

Ogólnie wspólnie z mamą stwierdziłyśmy, że ci, których tak strasznie boli noszenie maseczek, mają tak dobrze od braku zgryzot, że nawet takie coś to dla nich wielki życiowy problem nie do przeskoczenia. Tak trudno takim nawet pomyśleć, że do oddychania w maseczkach trzeba się przyzwyczaić, od razu muszą rezygnować i nosić je pod nosem albo na jednym uchu... (Już nie mówiąc o tym buncie przeciwko temu, co się mówi w mediach, i nienoszenie ich w ogóle, bo to całkiem inna sprawa.)
Czekam teraz na rozwiązanie konfliktu Awięc - Bracia Samiec. W zasadzie jestem na 100% pewna, że ten pierwszy wygra, ale chcę zobaczyć efekty. Śmieszne, że pan Samiec gada jaki to on biedny i wrażliwy chłopiec, pokazując, że tak naprawdę jest bad-boyem. Nawet nie próbuje udawać. Albo może próbuje, tylko nie ogarnia w budowanie wizerunku. Dziwny człowiek. Ale Awięc dotrwał do tego momentu i mam nadzieję, że da sobie radę do końca, bo opowiadał, że było mu ciężko. Widać zresztą po nim, że zmęczony całą tą sprawą. Trochę jeszcze poczekamy na zakończenie, więc niestety trzeba uzbroić się w cierpliwość i trzymać kciuki za Awizo. I tak też robię.

sobota, 2 maja 2020

Mobbing, wszędzie mobbing

Akurat w dzień, w którym pisałam poprzedniego posta, zadziało się trochę w pracy. Lider, który od zawsze zachowuje się dość dziwnie, pozwolił sobie na zbyt wiele i mocno wyprowadził mnie z równowagi. Nie było lekko w niedzielę, bo atmosfera przez dobry kawał nocki była popsuta, chociaż ostatecznie wspólnymi siłami jakoś rozgoniliśmy czarne chmury.
Otóż pan lider jak zwykle wydawał polecenia, co chwilę zmieniając zdanie nie wiadomo z jakiego powodu, a na koniec dał mi wydruk z gazetki promocyjnej i powiedział, że to dla mnie, bo miałam do zrobienia tzw. TŻ-ki (zwane w innych sklepach czołówkami albo końcówkami). Zostawiłam tenże wydruk w widocznym miejscu i zabrałam się do roboty. Po krótkim czasie zauważyłam, że w/w gazetka zniknęła, ale pomyślałam, że lider ją sobie pożyczył, bo on ma tak w zwyczaju. Za jakieś 2 godziny zaczął pytać mnie, gdzie ją dałam. Ja się wtedy zaniepokoiłam i zaczęłam jej szukać, a on miał do mnie wielkie pretensje, że to moja wina, miałam jej pilnować, bo jest tak strasznie ważna. Kazał mi przetrząsnąć paletę, na którą odkładaliśmy towar, który nie wchodzi w półki, a za chwilę powiedział, że niepotrzebnie tracę czas, jak gdybym sama to sobie wymyśliła. Była już godzina przerwy, więc poszłam na stołówkę, gdzie byli już inni i pytali czy wydruk się znalazł, ale ja nie dawałam rady za bardzo mówić. Usłyszałam, że lider przyszedł do nich, żeby na nich sobie powrzeszczeć. Wróciłam z przerwy na sklep, gdzie w tym czasie odkopali gazetkę z innej palety do odkładania. Wtedy on zwrócił się do nas złośliwie "umiecie czytać". Nie wiem w sumie czy to było pytanie, czy stwierdzenie, ale brzmiało mocno nie w porządku. Może widział po mnie, że nie umiem odczytać liter na wydruku i wyciągnął z tego wniosek, że mam problem z czytaniem, ale powinien także zauważyć, że mam grube okulary na nosie, a on stał z tą gazetką daleko ode mnie i nią potrząsał. Albo po prostu chciał się wyżyć.
W każdym razie ja się już po tym całkiem rozkleiłam i poszłam na zaplecze, gdzie powiadomiłam babki z fresha, że idę do szatni się uspokoić. Jedna się mocno przejęła, zaczęła pocieszać i obiecała powiedzieć liderowi, gdzie jestem. Myślałam, że to już będzie koniec pracy dla mnie na tę noc, ale udało mi się jakoś doprowadzić do jako takiego stanu i wróciłam na sklep, gdzie zauważyłam, że w/w boi się do mnie odezwać. Chyba się przestraszył. Dopiero pod koniec zmiany zaczął mówić, ale już tak grzecznie.
Postanowiłam, że tego mu nie popuszczę. Bywało, że był nie w porządku wobec innych i stwierdziłam, że to już jest przesada tak się zachowywać. Po przyjściu na kolejną nockę zagadałam do liderki z popołudniówki, żeby opowiedzieć jej o tym, co się działo. Z początku brała to jako moją przesadną wrażliwość i mówiła, że mam się nie przejmować, ale w miarę opowieści nie wiedziała co powiedzieć. Inni potwierdzali zresztą moje słowa i nawet jeden kolega dodał, że ten lider dokładnie wiedział, gdzie ta gazetka na tej palecie była, więc ewidentnie to on ją posiał, a obwinił mnie i resztę. Poza tym, że ten wydruk wg słów liderki wcale taki ważny nie jest. Powiedziała w końcu, że myślała, że ten lider jest spoko człowiekiem i jeśli znowu się tak zachowa, to mogę pójść z tym do dyrektora.
Szczerze, ja widzę, że on podchodzi do wielu rzeczy zbyt nerwowo i zbyt poważnie, podczas gdy inni wolą zachować spokój, bo wiedzą, że w tym sklepie i tak nie będzie tak jak powinno być. Nawet dyrektor się tak nie przejmuje. Nie wiem czemu, ale mocno mi to przypomina biblijną przypowieść o władcy, który darował podwładnemu dużą pożyczkę, a ten podwładny nie podarował mniejszej człowiekowi, który podlegał jemu. Koleżanka z nocki stwierdziła też, że ten lider to osoba, która nie przyznaje się do błędu. Nie mówiąc o tym, że z niewiadomych przyczyn ciągle zmienia zdanie i wprowadza nas tym w dezorientację, tym bardziej że obwinia nas o to, co sam wcześniej wymyślił.
W zasadzie ten człowiek powinien się już bać źle do mnie odnosić, bo wie, że ja zgłaszam takie rzeczy do przełożonych. Złe zachowanie dziewczyny, o której już pisałam, zgłosiłam właśnie jemu. Dziwnie się wtedy zachowywał, jakby nie ogarniał moich emocji czy tego, że w ogóle mam ludzkie odruchy. Taki był zdystansowany i... dziwny. Po prostu. Nie wiem, co jest z tym człowiekiem, ale na moje może być mu potrzebna wizyta u specjalisty.
Śmieszne, że pan incel jest nim tak oczarowany. Pisał mi, że ten lider to taki przystojny i takie włosy ma ładne. Odczułam, że uważa kobiety za takie, co patrzą tylko na wygląd, nie na zachowanie. Jeszcze wymyślił, że jakieś współpracownice wypowiadały się pozytywnie na temat wyglądu tego lidera. Ja nic takiego nie słyszałam, a tym bardziej wątpię, żeby jemu się zwierzały z czegoś takiego, skoro on nie umie zawiązywać relacji z kimkolwiek. Ale wygląda na to, że mimo gadania Redpillersów na temat kobiet, że są skupione na przystojniakach badboyach o nieodpartym uroku, to na ten urok dał nabrać się incel we własnej osobie... Ironia pierwsza klasa, czyż nie?

niedziela, 26 kwietnia 2020

Korzenie

2 miesiące minęły od ostatniego posta, a ja przez ten czas nie miałam o czym pisać. Nie chciałam zanudzać już nikogo pisaniem o byłym, na którego nadal jestem zła, a inne sprawy nie wydawały mi się na tyle ważne, żeby o nich wspominać. Ale chyba czas wreszcie wrócić do korzeni, czyli do tego, do czego ten blog służy, czyli opisywanie moich zaburzeń.
W sumie ostatnia sytuacja w kraju wiele w moim życiu nie zmieniła i jak nigdzie nie wychodziłam, tak nie wychodzę nadal, nie licząc jazdy do pracy, więc na tym obecnie się skupiam. W marcu byłam 3 tygodnie na urlopie, z czego pierwsze 2 były planowane, a trzeci wymuszony przez mamę, która chciała, żebym w ogóle nie wyjeżdżała z miasta. Oczywiście się to nie udało, bo problem wirusa się przedłuża, a kadrowa już widocznie się niecierpliwiła, skoro postanowiła przekonać mnie do powrotu na łono sklepu. Byłam też na L4 przez tydzień i przyznam, że wcale nie uprzykrzało mi się siedzenie w domu tak jak innym. To taka zaleta bycia schizoidem - jestem doskonale przystosowana do izolacji, ino żebym miała jedzenie i stały dostęp do internetu.
Śmieszne jest to, że mimo tego całkiem dobrze sobie radzę z kontaktami z ludźmi w pracy. Całkiem dobrze, bo nie idealnie - w dalszym ciągu nie zachowuję się jak zdrowy człowiek. Do niektórych osób boję się powiedzieć "dzień dobry" czy "cześć", czasem odpowiadam za cicho (i nie wiem czy mnie słyszą), co jest dla mnie stresujące. Jednak z nockową ekipą dogaduję się w stopniu zadowalającym, nawet potrafię sobie żartować i śmiać się. Co ciekawe, zauważyłam, że zmienił mi się śmiech. Nadal też nie panuję nad głosem i nie do końca nad mimiką, właściwie ogólnie reakcjami. Ale i tak cieszę się z moich postępów, chociaż nie dokonywałyby się, gdyby nie było dobrej atmosfery w sklepie. Od dawna wiem, że jest ona ważna w leczeniu fobii społecznej i mutyzmu, niestety nauczyłam się na własnej skórze, jakie efekty mają wieloletnie złe relacje z otoczeniem. Ale o tym już pisałam, więc pozwolę sobie to pominąć.
Czuję chwilami, że dysmorfofobia* wraca. Nie wiem w zasadzie czy bać się jej, czy liczyć na to, że ona pomoże mi wziąć się za siebie. Naprawdę paskudnie było w tamtym epizodzie w 2008, jednak przynajmniej potrafiłam zmusić się do dbania o wygląd. Teraz chyba mam taką traumę po tym, że jako obronę stosuję unikanie myślenia o tym, jak się prezentuję, a także patrzenia w lustro. Ale to powoli wraca i tylko czekać aż się rozkręci... Poznaję to po moim sposobie myślenia i coraz częstszym płaczem i unikaniem samotności, żeby nie pozwolić moim myślom galopować zbyt daleko. W domu pozwala mi na to gra czy rozmowy z mamą, ale np. w pociągu bywa ciężko, a w pracy różnie. A leki nie są idealnie dobrane, bo te lepsze sprawiły, że problem w ogóle się powiększył. W każdym razie wiem, że w pewnym momencie będę musiała zmierzyć się z nieuniknionym mimo nieustannej walki o dobre samopoczucie. Niestety.

___
* Wiem, że to już jest nieaktualna nazwa (a niepoprawna była zawsze), ale brzmi lepiej i jest krótsza niż ta obecna. Mogę co najwyżej używać uznanego skrótu, ale boję się, że to nikomu nic nie powie. Jeśli wolicie po prostu "BDD", to dajcie znać.

niedziela, 16 lutego 2020

Tolerancja i wybór

Chciałam o tym pisać już dawno, ale jakoś tak dopiero teraz doszło to do głosu. W sumie nie wiem czy można mówić tu o powszechnym zjawisku, czy pojedynczym przypadku, ale wydaje mi się, że nie jest to jednak odosobniona sprawa.
Ta współpracownica, która bawiła się moim kosztem ostatnio (już nie pracuje), na którejś przerwie oświadczyła, że nie ma żadnych problemów co do osób homoseksualnych. Znaczy jest tolerancyjna. Śmiesznie to brzmi, kiedy przypomni się jej zachowanie na nockach. Takie to jest wybiórcze, że niektórych toleruje, innych zwalcza. Nie wiem, ja jestem zdania, że jeśli ktoś deklaruje, że nie ma nic przeciwko osobom LGBT, to zaburzonych też nie powinien dręczyć. Wiem, że to nie to samo, że orientacja to nie zaburzenie, jednak obie te rzeczy łączy pewna cecha - człowiek nie wybiera sobie zarówno, że będzie homo, bi czy trans, jak i że będzie zaburzony. Stąd prosty wniosek: jeśli nie jesteśmy czemuś winni, nie powinniśmy być za to karani.
No ale oczywiście, tolerancja wobec LGBT po pierwsze jest modna, a ludzie chcą być na czasie, po drugie nikt nie chce zostać zlinczowany za swoje poglądy sprzeczne z w/w modą. Tolerowanie osób zaburzonych czy chorych psychicznie modne nie jest, w społeczeństwie istnieje nawet zezwolenie na traktowanie ich jak niebezpiecznych czy głupich, obwinianie o wszystkie problemy tego świata.
Panuje też przekonanie, że jeśli ktoś ma diagnozę od psychiatry/ psychologa, to jest do niczego, a jeśli ktoś jej nie ma, to jest w pełni psychicznie zdrowy. W sumie to oczywistość, wszyscy powinni to wiedzieć, ale chyba jednak wiedzą tylko nieliczni: jeśli ktoś się leczy, stara zmienić na lepsze, to jest więcej wart od tego w teorii zdrowego, który nie zmienia w sobie nic, bo uważa się za ideał. Były właśnie próbował zwalić na mnie winę za to, że nasz związek nie wyszedł, bo mam diagnozę. Odwracał kota ogonem, wykorzystywał jakieś bzdurne argumenty, żeby wygrać dyskusję, i nie patrzył na to, że fakty im przeczą. No ale jak ktoś chce psa uderzyć, to kija znajdzie. Dużo ludzi, podobnie jak on, chce żyć w iluzji, że oni są fajni, nawet przed sobą próbują ukryć swoje ogromne życiowe błędy, niszczenie innym życia. Śmieszne, że moja rodzina, łącznie ze mną, ciągle na takich trafia. Przyciągamy do siebie złych ludzi, bo oni widzą, że jesteśmy za dobrzy, a że nie znamy dobrego życia, to to złe wydaje się nam jedynym możliwym. Ignorujemy czerwone lampki, bo wszystko, co widzimy, jest czerwone.
Ja widzę teraz, że nie mam możliwości uwolnić się od złych ludzi - zawsze się gdzieś jacyś znajdą i wykorzystają moją słabość - dlatego postanowiłam ostatnio nie szukać sobie partnera. Wolę trzymać toksyków jak najdalej od siebie. Nie mam już zaufania, nie mam wiary, że zdarzy się w moim życiu coś dobrego. Wiem, że potrzebuję uczuć, dobrego traktowania i tak dalej, ale wiem też, że tego nie dostanę, a przynajmniej nie na dłuższą metę. Nie będę nigdy szczęśliwa, ale może być mi nieco lepiej w samotności.