poniedziałek, 19 października 2020

Przemianowana

 Po namowie i długich dyskusjach z koleżanką i kolegą stanęło na tym, że lalka nie nazywa się już Abe. Wyszło na to, że ma 2 imiona: Zuzanna i Anastazja. W sumie może tyle mieć, jednak na pierwsze będzie chyba miała jednak Anastazja, bo to imię mi się bardziej podoba.

Chciałam koniecznie znaleźć jej w internecie jakieś fajne tło do zdjęć, ale ostatecznie na nic dobrego nie trafiłam, za to przypomniałam sobie, że mam już coś dobrego w domu - a mianowicie obraz wybrany parę lat temu przeze mnie i brata, bo pasuje do mojego pokoju. No i tak powstała sesja. Nawet nie najgorsze zdjęcia jak na mnie i mój telefon (nie, lustrzanki nie mam, cykam foty Szajsungiem). A oto i one:











poniedziałek, 12 października 2020

Legion nieszczęść, jak zwykle

Od końca sierpnia wydarzyło się tyle rzeczy, że ktoś może się dziwić, że o niczym nie pisałam, jednak postanowiłam poczekać aż rozwinie się sytuacja i będę mogła opisać to wszystko odpowiednio. Wychodzi w sumie dla mnie mocno na minus, bardzo stresująco i nieciekawie, więc w końcu muszę o tym napisać.

Pierwsza sprawa to odejście 2 moich kolegów z nocki. Mimo że są dość dziecinni, a jeden bardzo wulgarny, to za ich bytności nasze zmiany tętniły życiem i była na nich masa śmiechu. Lubiłam to i czekałam tylko aż ich zobaczę, żeby sobie pożartować. Niestety odeszli z powodu zwierzchników. Mieli prawo do tego i nie dziwię im się, ale i tak smutno mi z tego powodu. Jedyna pociecha, że został jeden ze starych wyjadaczy (innego kolegi nie liczę, bo on przychodzi bardzo rzadko) i jakoś daję sobie radę w pracy bez całkowitej zmiany składu.

Nowi przyjęci trochę kombinują, żeby mieć większe ulgi niż my. Śmieszne, że uważają się za jakichś lepszych od nas, a jeden praktycznie dopiero zaczął u nas karierę zawodową, a drugi ma niewiele większe doświadczenie. Takie noobki. Nie chcą odrabiać wychodzenia na papierochy, chodzą odkładać jeden towar obcy na miejsce zamiast wrzucić go do wyznaczonego koszyka, który ogarnie w dzień ktoś z kas. Wszystko po to, żeby mniej pracować. Ten drugi nawet w tym celu zaczął palić... Ot, lenie. I jeszcze do tego żale, że są niewyspani albo bolą ich stopy, bo może wtedy będą mogli iść sobie usiąść. Muszę im kiedyś przypomnieć o "paluszku i główce", bo aż się mózg lasuje na samą myśl o ich kombinacjach.

Druga rzecz to lider. Znowu ten sam, o którym pisałam poprzednio. Wyżył się na nas ostatnio, jak gdybyśmy mu ojca i matkę siekierą zabili, bo nie dokładamy towarów w półki na siłę, tak że aż z niej spadają i się tłuką. Ja jak zwykle nie wytrzymałam, ale tym razem zrobiłam coś jeszcze. Objechałam go, powiedziałam, że powinien czasem siebie posłuchać, pójść na terapię i się ogarnąć, bo inni jakoś potrafią zwrócić nam uwagę w taki sposób, że się nie odechciewa żyć. I poszłam do domu. To było w piątek. We wtorek po nocce powiedziałam wszystko liderce, potem z nią poszłam do menedżerki i ta zapewniła mnie, że go zjedzie, bo on nie ma racji, ponieważ towary dokłada się rozsądnie, a nie do bólu.

Niby powinnam być zadowolona, ale jednak nie: przez parę dni było mi niedobrze, bolało mnie serce i pojawiły się problemy z trawieniem, do czego dołożyły cegiełki bura od współlokatorki za coś, czego nie zrobiłam, oraz odrabianie nadgodzin w efekcie pomyłki w/w menedżerki. Tej ostatniej nie winię oczywiście, bo pomylić się można, ale pierwsza jest po prostu głupia i wredna. A te somatyzacje... Ból serca zaprowadził mnie ostatecznie na SOR z podejrzeniem stanu przedzawałowego, gdzie siedziałam albo stałam przez 26 godzin, żeby dostać wypis stwierdzający, że wszystko jest ok i to tylko nerwy. W sobotę kardiolog przyjmująca prywatnie przyznała, że też by się takiego bólu bała, bo wie, że faktycznie jest silny, ale to coś normalnego u młodych ludzi. Tak że muszę po prostu starać się żreć tabletki bardziej regularnie i nie przejmować tymi, co mają nierówno pod sufitem. O ile potrafię. Jutro mam mieć telefon od psychiatry i jestem ciekawa, jak ona na te sensacje zareaguje.

Ostatnie to męczenie mnie przez mamę, żebym wyniosła się z tego wynajmowanego pokoju, zrezygnowała z pracy w Gdańsku i znalazła coś na miejscu... Wynikła z tego niemała sprzeczka i w sumie nie jestem zadowolona z rezultatu, bo szczerze mówiąc i tak nie mam pojęcia co zrobić, a nerwy mamy zszarpane obie. Siedzenie w tym miejscu faktycznie nie jest dobrym rozwiązaniem, ale to, co proponuje mama, jest ogromnym ryzykiem. Ona mianowicie chce, bym poszła do pracy w Dino, który ma tak słabe oceny w internecie, że nawet Kaufland jest lepszy. Ja już widzę, że popracuję tam 2 tygodnie, zwolnię się i pojadę po raz wtóry do wariatkowa, z którego ucieknę po miesiącu z powodu tragicznej atmosfery albo kolejnej złodziejki (ew. złodzieja). Oczywiście - powinnam decydować sama, ale tutaj każde rozwiązanie jest równie złe. Nie wiem. Nie wiem, co robić.

A lalki to moje pocieszenie. Kupiłam kolejną. To było do przewidzenia, co nie?

poniedziałek, 5 października 2020

Moja Abe

 No to jestem fanką lalek. Bo tak. Bo lubiłam zawsze je podziwiać i tak dalej. Mam te jakieś Phicenki, jedną Tonnerkę, sporo Barbie i właśnie dzisiaj dorwałam pierwszą BJD. Niestety recast, bo moja głupia dupa nie pomyślała, że na Aliexpress są podróby. No nic, teraz to już za późno, wyrzucać nie będę. Zrobiłam jej małą sesję przed powrotem z domu do mojego wynajętego pokoju. I tutaj kilka wklejam. Śliczna jest:






Może zdjęcia nie są jakieś super piękne, ale nie jestem profesjonalistką, więc czego mogę od siebie wymagać :P W każdym razie z lalki mimo wszystko się cieszę.

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Bezsens

 Przeprowadziłam się bliżej pracy na początku sierpnia i przyznam, że jest lepiej. Może nie ćwiczę jeszcze (muszę od nowa przyzwyczajać się do leków, a na początku strasznie się od nich śpi), ale przynajmniej nie jestem ciągle zmęczona i nie zwalniam się do domu z powodu złego samopoczucia. Nawet nie sądziłam, że to zrobi aż taką różnicę. Nie jest wprawdzie idealnie, bo mieszkam z 7 osobami w tak niewygodnym i brudnym mieszkaniu, że nie idzie za wiele w nim zrobić, ale zawsze to jakaś poprawa. Szczerze mówiąc w domu też było niezbyt dobrze, chociaż mama uważa, że jest inaczej. Jej zdaniem dom to jednak dom i nie liczy się dla niej, że jest w nim wieczna patologia... Uważa, że powinnam tęsknić za rodziną, ale nie wiem dlaczego, skoro są telefony, jest messenger, w każdej chwili można sobie coś przekazać. Jedynie może mi brakować wygody i kotów, ale ostatnio co weekend byłam załatwiać sprawy w rodzinnym mieście, więc się z nimi wybawiałam.

W pracy jest nieciekawie. Lider, o którym już pisałam, obwinił wszystkich z nocki, w tym mnie, o to, co sam zrobił. Ja naprawdę nie znoszę jak ktoś oskarża mnie o coś, czego nie zrobiłam, a do tego tak paskudnie kłamie i sprawia, że ludzie są karani za błędy innych. Koledzy nie będą mieli zapłacone za przepracowane godziny, bo lider nagadał bzdury ich przełożonej. Atmosfera się zepsuła mocno, chłopaki nawet myślą o szukaniu innej pracy. A szkoda, bo to jest taki fajny team, że nigdy z nikim mi się tak dobrze nie pracowało.

Drugi lider natomiast bawi się w mobbing (nie wobec mnie, tylko jednego kolegi) i dziwi mnie, że jest na to przyzwolenie. To nie pierwszy raz, kiedy sobie wybierał jakąś osobę (nie wiem jakie on ma kryteria) i pozwalał sobie ją dręczyć. Jedyne co szef z tym robi, to rozmawia i nakłania lidera do przeprosin, a potem problem zaczyna się od nowa, tym razem z innym pracownikiem.

Jeszcze trzeba dodać do tego, że nie dość, że musimy poprawiać wszystko po dniówkach, bo oni tak narąbią, że aż mózg się lasuje, to wszystko jest zwalane na nas. Ostatnio dopiero dowiedziałam się, że w końcu menedżerka skapnęła się, że to jedna pracownica z ranków pracuje byle jak, a nie nocki. Tylko zanim złapie ją na gorącym uczynku i zwolni, to minie jakiś czas, a nie wiadomo też czy jej przełożona (ona i wiele innych ludzi pracuje przez firmę zewnętrzną jak ja kiedyś), która jest jej psiapsiółą, nie będzie jej ratować. Szczerze to mam naprawdę dość poprawiania źle wyłożonego towaru, tracenia na to czasu i nerwów, bo przyjdzie sobie ten pierwszy wymieniony lider i powie, że jak zostawię to jak jest, to wina spadnie na mnie.

Tylko jedna liderka jest w porządku i jako tako potrafi zmniejszyć we mnie skłonności do przyniesienia wypowiedzenia. Szkoda tylko, że mają nam zmniejszyć wynagrodzenia, a sporo osób zwolnić... Jeśli zwolnią mnie, to nic innego już nie znajdę przez moje zaburzenia. Tak że, jak pisałam, nieciekawie.

Na pocieszenie kupuję sobie lalki, tylko pewnie niedługo nie będzie mnie na nie stać. Dzisiaj udało mi się zamówić jedną za pół darmo, bo zaczęła się wyprzedaż na Ali. Mam nadzieję, że będzie taka jak trzeba. Siostra ma mi do niej uszyć suknię, przy czym ja najpierw muszę zrobić jej model z taśmy i folii, bo inaczej raczej wymiarów nie zdejmę z takiej małej postaci (ma wielkość mniej więcej jak Barbie).

Czyli ostatecznie bilans jest mocno na minus. Jak to ostatnio ciągle mówię, nie ma lekko. Niestety ciągle trzeba walczyć o drobne rzeczy jak o nie wiadomo jakie luksusy, mimo że to takie bez sensu. Ale co innego można zrobić?

wtorek, 14 lipca 2020

Źle

Nie mogę się nadziwić, że tak mało wyzwań, które się ostatnio zaczęły pojawiać, tak mocno wyprowadziły mnie z równowagi. Doszło do tego, że zaczęłam podejrzewać anemię (nie będę się rozpisywać na ten temat, ale miałam powody, by o niej myśleć), ale jak zobaczyłam, że moje wyniki są dobre, to musiałam stwierdzić, że to raczej coś z psychiką albo przynajmniej przemęczenie. Dosłownie nie mam siły na nic, nawet na moje hobby, bez którego nie mogłam jeszcze niedawno wytrzymać, a jak słucham ulubionych creepypast, to nie jestem w stanie się na nich skupić i odnieść oczekiwanego wrażenia. Nie mówiąc o tym, że kręci mi się w głowie, bierze na wymioty, a ruchy mam jak zanurzona po szyję w wodzie albo obwieszona ciężarkami.
Mam kilka zleceń i wiem, że jeśli się za nie wezmę i zakończę, to będę dużo spokojniejsza, ale nie potrafię się zmusić, przez co wiszą nade mną i męczą coraz bardziej. W pracy przez chwilę miałam za mało wolnego, więc dojazdy dokuczały mocniej niż zwykle, no i dodatkowo szukam sobie lokum w mieście, w którym pracuję, żeby mieć w końcu więcej czasu. Doszło do tego, że odmawiam sobie snu, bo muszę "pomieszkać" jak normalny człowiek. No i z tych powodów nie biorę leków, przez które śpię zwykle aż za długo, na co nawet nie mogę sobie pozwolić jako osoba dojeżdżająca. No i na koniec niepotrzebnie denerwuję się kilkoma opóźnionymi przesyłkami, bo oczywiście moja niecierpliwa dupa musi mieć je na już.
Nie wiem, nie uważam, że to jest jakoś bardzo dużo, ludzie potrafią znieść więcej i nie popadają w taki dziwny stan jak ja teraz. Choćby mój brat, który ostatnio przeszedł wiele i jeszcze więcej obowiązków na siebie nakłada. Wygląda na to, że nie mogę od siebie wymagać prawie niczego, co najwyżej pracy i może jakichś drobniejszych zajęć, nic ponadto.
Chyba że coś jeszcze niezdrowego siedzi mi w głowie, czego nie jestem świadoma. Nie wiem, może wyjdzie w praniu. Jak narazie siedzę na L4 i próbuję zebrać siły. Mam nadzieję, że mi się to uda zanim nie wywiążę się terminowo z zobowiązań. A coś czuję, że mogę się właśnie nie wywiązać.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Chaotycznie

Trafiłam przed chwilą na filmik Nishki o narcyzach sprzed ok. 2 miesięcy. Jego treść, jak i komentarze pod nim, gdzie autorzy opisują swoich byłych lub obecnych partnerów narcyzów, wydają mi się bardzo bliskie. Dziwie się, że psycholog nie chce się ze mną zgodzić co do tego, że były jest narcyzem, chociaż może jest po prostu ostrożna dopóki nie dowie się o konkretnej diagnozie. Raz w sumie powiedziała mi, że to może być co innego, ale nie mam pojęcia co by to mogło być. Dziwne to jest w ogóle, że nadal denerwuję się tym tematem, a mimo wszystko co jakiś czas szukam o narcyzach czegoś nowego. Podaję link poniżej:

https://www.youtube.com/watch?v=k3pVul0PD_g

Najlepsze, że niedawno opisałam bardzo pobieżnie koledze z pracy mojego byłego i on od razu stwierdził, że to narcyz. A ja już na wszystkich patrzę nieufnie, ostrożnie, ciągle myśląc, że wydają się być w porządku, ale w pewnym momencie mogą nagle pokazać swoje prawdziwe oblicza. Boję się kurna komukolwiek zaufać.
Wiem, że w internecie śmieją się z dziewczyn "silnych i niezależnych", ale szczerze ja bym chciała taka być. Nie jestem niestety i to mnie boli. Chciałabym móc utrzymywać się sama (co w Polsce graniczy z cudem) i nie potrzebować wiecznie różnego rodzaju wsparcia innych. Gdybym była osobą, która nie boi się sama podejmować decyzji, jest całkowicie zdrowa psychicznie, pewna siebie i tak dalej. Bo takich typowo związkowych potrzeb obecnie nie mam, zablokowałam je, a te wyżej wymienione wydają mi się zbyt płytkie, żebym w ogóle mogła brać je pod uwagę.
Co do wagi, to powoli spada, chociaż brane obecnie przeze mnie leki od alergii ten spadek zmniejszają. Zamierzam się przenieść bliżej pracy, żeby mieć czas na regularne ćwiczenia, bo teraz kiedy tylko spróbuję wznowić trening, to nagle muszę załatwiać masę rzeczy i nie mam nawet czasu spać, o innych rzeczach nie mówiąc. Naprawdę nie chcę czuć się dalej niewidzialna dla facetów, mimo że boję się kolejnego związku. Ja się nie czuję nawet człowiekiem, a co dopiero kimś mającym jakąś wartość.
Jedyne, co mogę zrobić, to zacząć znowu nosić soczewki i zmienić fryzurę, żeby chociaż trochę upodobnić się do istoty ludzkiej. Wkurza mnie w ogóle to, że ludzie mówią mi, że dobrze wyglądam itp., a prawda jest całkiem inna. Ja już nie wierzę w słowa, wolę patrzeć na reakcje i czyny. A są dobijające. Bardzo dobijające.

niedziela, 21 czerwca 2020

Pojawiła się nadzieja

Jakoś w drugiej połowie maja udało mi się ograniczyć słodycze. Nie jest tak, że na siłę jem zdrowe potrawy i roznosi mnie z chęci pójścia do sklepu i wykupienia połowy działu ze śmieciowym żarciem. Coś przestawiło mi się w głowie. W końcu. I mam pewne podejrzenia co do tego, jaki jest powód tej zmiany. Po prostu brak kontaktu z byłym.
Nie ryje mi już tak psychiki i mimo że nadal o nim myślę i jestem ogromnie wściekła za to, co mi zrobił, to mam już więcej spokoju w sobie. Przy nim byłam jak chorągiewka na wietrze, co chwilę myślałam co innego, nie wiedziałam co robić, szczególnie po zerwaniu. Sam mówił, że wysyłam sprzeczne sygnały, że zachowuję się niezrozumiale. Dlatego wyzywał mnie od borderów. I myślał, że ja już tam mam, a to przez niego... Od samiuśkiego początku tak było. A wydawało mi się, że byłam taka wyluzowana. Dopiero teraz widzę różnicę.
Nie jest tak, że przestałam jeść słodkie w ogóle, bo czasem sobie coś kupię, jednak jest tego o wiele mniej niż wcześniej. I nie zapijam tego colą, która umożliwiała mi zapychanie się ciastkami i czekoladą w takiej ilości, że normalnie bym po niej zwymiotowała, tylko sokami albo po prostu wodą. Nie chcę też zmieniać diety drastycznie ani się głodzić, uważam, że wszystko z czasem i rozsądnie. Waga już mi spada, tak że jest dobrze. Bo, tak jak chyba pisałam, od słodyczy nie tyję, ale też nie chudnę, dlatego musiałam rzucić to świństwo.
Chciałabym do końca roku osiągnąć już prawidłową wagę. Mam nadzieję, że się uda, ale przypuszczam, że będę musiała znaleźć czas na regularne ćwiczenia, a z tym może być kłopot przez dojazdy do pracy. Zobaczymy jak będzie.
Smutne jest to, że przez byłego nie potrafię już marzyć. W głowie zamiast nich mam negatywne rzeczy, które chciałabym z niej wyrzucić, a za Chiny Ludowe nie mogę. No i czuję, że BDD nadal się rozwija, mimo leków.
Chciałam już nie pisać o nim, ale niestety jego czyny nadal się za mną ciągną. Wiem, że ludźmi takiego pokroju nie warto zaprzątać sobie umysłu, jednak teoria a praktyka... Wiecie jak to jest. Potrzebuję czasu na całkowite wyjście z dołka. Prawdopodobnie bardzo dużo.